Efekt Władcy Pierścieni, dwadzieścia lat później
Farma owiec zamienia się w plan filmowy
Tyle razy mijałem już zjazd do Hobbitonu, że nie zwalniam już przy drogowskazach, ale wciąż pamiętam zaskoczenie, jak zwyczajnie wygląda dojazd za pierwszym razem. Zjeżdżasz z autostrady niedaleko Matamaty, mijasz pastwiska, a potem trafiasz do centrum dla zwiedzających dobudowanego do czegoś, co pod spodem wciąż jest działającą farmą. Rodzina Alexander wydzierżawiła swoją ziemię ekipie filmowej poszukującej falistych wzgórz z jeziorem i bez nowoczesnych budynków na horyzoncie, a ta dzierżawa przerodziła się w jedną z bardziej niezwykłych gospodarek turystycznych, jakie widziałem gdziekolwiek w Nowej Zelandii.
To, co uderza mnie teraz, dwie dekady później, to nie sam plan filmowy — czterdzieści cztery hobbicie nory, odbudowana Zielona Smoczyca, ten poziom detalu, który wytrzymuje bliskie oględziny, bo w 2011 roku odbudowano go na stałe, zamiast zostawić jako tymczasowy rekwizyt. To, co naprawdę zaskakuje, to jak różnie potoczyło się to dla całego kraju w porównaniu z miasteczkiem leżącym najbliżej.
Co filmy faktycznie przyniosły
Uczciwa odpowiedź jest taka, że nie podam ci konkretnej kwoty w dolarach i nie zamierzam udawać, że mogę. Mogę za to powiedzieć, spędzając czas w tej części Wyspy Północnej, co jest obserwowalnie prawdziwe: Hobbiton to jedno z nielicznych miejsc turystyki filmowej na świecie, które utrzymało stały ruch odwiedzających długo po tym, jak filmy, które je rozsławiły, zeszły z ekranów kin. Większość miejsc powiązanych z jedną franczyzą blednie w ciągu kilku lat, gdy mija moment fanowskiego szału. To nie zblakło, po części dlatego, że odbudowano je jako stałą atrakcję zamiast rozbierać po zdjęciach, a po części dlatego, że leży wystarczająco blisko istniejącej już bazy turystycznej — Rotorua, parków geotermalnych, doświadczeń kultury Māori — że wpasowało się w plany podróży, które ludzie i tak już układali.
Jest tu też efekt szerszy. Przez kilka lat międzynarodowy marketing Nowej Zelandii mocno opierał się na tożsamości Śródziemia, co dało krajowi hasło wykraczające poza „naturę i przygodę” — coś, czego wielu innym destynacjom brakuje. Od tamtej pory to osłabło — nie widać już tych samych kampanii — ale wzorzec, który wtedy powstał, w którym lokalizacja filmowa staje się stałym powodem odwiedzenia konkretnego wiejskiego miasteczka, a nie tylko tłem, okazał się trwały. Jeśli chcesz poznać pełniejszy obraz tego, gdzie jeszcze w regionie faktycznie kręcono trylogię, większość to nieoznakowane pola uprawne bez infrastruktury, jaką ma Hobbiton, i to porównanie warto przeczytać, zanim sam zaczniesz ich szukać.
Cena, jaką zapłaciła Matamata
Tutaj, moim zdaniem, historia robi się mniej gładka, niż sugeruje marketing. Matamata to małe miasteczko, a duża część ruchu turystycznego wygenerowanego przez plan filmowy przepływa przez centrum dla zwiedzających samej farmy, a nie przez samo miasteczko. Autokary przyjeżdżają z Rotorua, zatrzymują się przy planie i wracają. Sam to zauważyłem, przejeżdżając tamtędy — centrum miasteczka nie odnotowuje ruchu, jakiego można by się spodziewać, biorąc pod uwagę, ile osób mija je codziennie w odległości zaledwie kilku kilometrów.
To nie jest zarzut wobec Matamaty, tylko obserwacja tego, jak turystyka filmowa koncentruje ruch, zamiast go rozprzestrzeniać. Farma zatrudnia stały zespół tylko po to, by hobbicie ogrody wyglądały przez cały rok, jakby ktoś w nich mieszkał, co pokazuje, że to już nie jest przypadkowy dochód — to pełna operacja turystyczna nałożona na gospodarstwo rolne. Ale pojedyncza, prywatnie zarządzana atrakcja, choćby najbardziej udana, to nie to samo co gospodarka turystyczna całego miasteczka. Tożsamość Matamaty jest teraz powiązana z fikcyjnym Shire w sposób, którego miasteczko nie wybrało i nad którym nie ma pełnej kontroli, a jeśli gusta turystów się zmienią, ryzyko spoczywa głównie na jednej farmie, nie na zróżnicowanym lokalnym przemyśle.
Zorganizowana jednodniowa wycieczka na plan z Rotorua to sposób, w jaki większość odwiedzających faktycznie tego doświadcza — dostęp jest możliwy wyłącznie w ramach zarezerwowanych wycieczek, a nie samodzielnego spaceru po pastwiskach, co po części tłumaczy, dlaczego plan pozostał tak nienaruszony i fotogeniczny po tylu latach.
Dwadzieścia lat później: co się naprawdę zmieniło
Pokolenie fanów odwiedzających to miejsce się zmieniło. Spotykałem na planie ludzi, którzy byli dziećmi, gdy wychodziła oryginalna trylogia, i innych, którzy znają ten świat tylko z nowszych adaptacji streamingowych albo w ogóle go nie znają — niektórzy jadą tam po prostu dlatego, że to rzecz, którą wypada zrobić w pobliżu Rotorua. Miejsce to nie wydaje się już zależeć od żadnej pojedynczej fali zainteresowania. To właśnie uważam za naprawdę godne uwagi: większość atrakcji zbudowanych wokół jednego dzieła ma żywotność powiązaną z popularnością tego dzieła. Ta zdaje się ją przerosnąć.
To, co się nie zmieniło, to logistyka. Wciąż jest to około 50 minut jazdy z Rotorua, wciąż można to zwiedzić wyłącznie w ramach wycieczki z przewodnikiem, i wciąż najłatwiej połączyć to z szerszą wycieczką jednodniową, niż traktować jako pełny dzień samą w sobie. Jeśli mieszkasz w Rotorua i chcesz zbudować dłuższą pętlę, połączenie Hobbitonu z przystankiem w Waitomo ma sens, biorąc pod uwagę, jak te dwa miejsca leżą względem siebie na mapie, a jeśli chcesz konkretów, jest dedykowany przewodnik po tej trasie.
Czy warto budować wokół tego całą podróż
Dla mnie odpowiedź zależy od tego, co jeszcze robisz ze swoim czasem w regionie. Sam w sobie, pół dnia na planie filmowym to dość niszowa rzecz, dla której warto podróżować. Jako jeden przystanek w dłuższym pobycie z bazą w Rotorua — obok parków geotermalnych, popołudnia w miejscu takim jak mniejszy rezerwat termalny poza głównym szlakiem turystycznym, albo całego dnia w Wai-O-Tapu i Waimangu — zdecydowanie zasługuje na swoje miejsce. Traktowałbym to jako jedno mocne popołudnie w ramach podróży zbudowanej wokół prawdziwego rdzenia Rotorua, a nie jako powód, żeby odwiedzić Wyspę Północną samą w sobie.
Jeśli zastanawiasz się, czy cały region rzeczywiście dorównuje reputacji, jaką pomogły mu zbudować filmy, to osobne i uczciwe pytanie, i napisałem o tym szczerze gdzie indziej — w tym o tym, czy sama Rotorua nie stała się zbyt turystyczna właśnie w wyniku tego rodzaju uwagi.
To, do czego wciąż wracam, to ten dysonans: historia o elfach i hobbitach dała prawdziwemu rolniczemu miasteczku drugą, trwałą gospodarkę, a to niezwykły skutek według jakiejkolwiek miary. Czy było warto, zależy całkowicie od tego, kogo zapytasz w Matamacie, a to pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć, jadąc wynajętym samochodem.
Turystyka związana z Władcą Pierścieni w pobliżu Rotorua: najczęstsze pytania
Ile była warta dla Nowej Zelandii turystyka związana z Władcą Pierścieni?
Nie ma jednej jasnej liczby i nie zamierzam jej zmyślać. Wiadomo za to na pewno, że filmy dały krajowi rozpoznawalną na całym świecie tożsamość, która przetrwała kampanie marketingowe wokół niej zbudowane, i że Hobbiton jest jednym z nielicznych miejsc turystyki filmowej, które wciąż przyciąga stały ruch turystyczny po dwóch dekadach.
Czy Hobbiton to to samo miejsce co Rotorua?
Nie. Hobbiton znajduje się na działającej farmie niedaleko Matamaty, około 50 minut jazdy od Rotorua. Większość odwiedzających mieszka w Rotorua i traktuje Hobbiton jako wycieczkę jednodniową.
Dlaczego to Matamatę wybrano na Hobbiton?
Poszukiwacze plenerów szukali falistych terenów rolniczych z jeziorem, samotnym drzewem i brakiem widocznych na horyzoncie nowoczesnych budynków. Farma owiec i bydła rodziny Alexander niedaleko Matamaty spełniała te wymagania.
Ile kosztowały miasteczko Matamata zdjęcia filmowe?
Nie w kategoriach pieniężnych, które byłyby publicznie ujawnione, ale plan filmowy przekształcił tożsamość miasteczka i wzorce ruchu. Duża część gospodarki turystycznej działa przez samą farmę, a nie przez centrum Matamaty, które wiele autokarów mija bez zatrzymania.
Czy w pobliżu Rotorua można jeszcze zobaczyć inne plenery filmowe z Władcy Pierścieni?
Niektóre. Garść miejsc na Wyspie Północnej wykorzystanych w trylogii da się zidentyfikować, choć większość to nieoznakowane pola uprawne lub lasy bez żadnej infrastruktury turystycznej, w przeciwieństwie do specjalnie zbudowanego planu Hobbitonu.
Czy Hobbiton jest teraz zalany turystami?
To ruchliwa, biletowana atrakcja z ustalonym dziennym przepływem odwiedzających zarządzanym przez wycieczki z przewodnikiem, a nie otwarte miejsce, po którym można się swobodnie przechadzać. Nie sprawia wrażenia chaotycznego, ale bez wątpienia jest to działająca operacja turystyczna, a nie przypadkowa lokalizacja filmowa.
Czy filmy zmieniły sposób, w jaki Nowa Zelandia się promuje?
Tak, przez pewien czas kraj mocno stawiał w międzynarodowych kampaniach na tożsamość Śródziemia. To pozycjonowanie od tamtej pory osłabło, choć sam Hobbiton nadal działa niezależnie od tego, jaki film czy serial akurat gości w kinach.
Atrakcje sezonowe na GetYourGuide
Zweryfikowane wycieczki GetYourGuide z linkami bezpośrednimi. Rezerwuj przez te linki, a my otrzymamy niewielką prowizję bez kosztów dla Ciebie.
Zdjęcia przedstawiają miejsce docelowe, a nie własne materiały operatora.


