Whakaari po 2019 roku: dlaczego wycieczki wulkaniczne już tam nie lądują
Planowanie

Whakaari po 2019 roku: dlaczego wycieczki wulkaniczne już tam nie lądują

Stałem na nabrzeżu Whakatāne pewnego pogodnego popołudnia i wypatrzyłem bladą smugę pary Whakaari na horyzoncie, 48 kilometrów dalej. Wygląda dokładnie tak, czym jest: wulkanem spokojnie robiącym to, co robią wulkany. 9 grudnia 2019 roku zrobił coś innego, a 22 osoby, które jeszcze kilka godzin wcześniej stały na dnie jego krateru, nie wróciły już do domu.

Ten dzień

Whakaari jest najbardziej aktywnym wulkanem Nowej Zelandii i przez dziesięciolecia było to również jego atutem. Operatorzy łodzi i helikopterów zabierali turystów — jednodniowych gości z Rotorua, pasażerów ze statków wycieczkowych cumujących w Tauranga — na dno krateru, by zaglądali do kominów wulkanicznych, przechodzili obok skał pokrytych siarką i stawali w miejscu naprawdę żywym. 9 grudnia 2019 roku na wyspie było 47 osób, gdy nastąpiła erupcja: krótki, gwałtowny wybuch pary, popiołu i skał niemal bez czasu na reakcję. Na dnie krateru nie było gdzie przed nim uciec. Dwadzieścia dwie osoby zginęły, część od razu, część później wskutek odniesionych obrażeń, a większość ocalałych do dziś nosi ślady poważnych oparzeń z tamtego popołudnia.

Myślę o tej liczbie za każdym razem, gdy czytam broszurę opisującą „bliskie spotkanie” z żywym wulkanem. Whakaari nie było reklamowane jako niebezpieczne. Było reklamowane jako spektakularne, co jest innym słowem na to samo, a to właśnie w tej różnicy słów kryje się ta katastrofa.

Co wykazał proces sądowy

To, co nastąpiło potem, było jak na standardy Nowej Zelandii niezwykle dużym rozliczeniem prawnym. WorkSafe New Zealand — krajowy regulator bezpieczeństwa pracy — wniósł oskarżenia na mocy ustawy o bezpieczeństwie i higienie pracy przeciwko szeregowi organizacji powiązanych z wyspą i wycieczkami, które się na niej odbywały: firmie będącej właścicielem terenu, operatorom wycieczek, którzy zabierali tam ludzi, oraz rządowym agencjom naukowym monitorującym aktywność wulkanu. Był to w istocie test tego, czy prawo napisane z myślą o fabrykach i placach budowy można zastosować do naturalnego zagrożenia, którego nikt w pełni nie kontroluje.

Wyniki były mieszane, co samo w sobie wiele mówi o tym, jak trudne okazało się to pytanie. Niektóre strony zostały skazane i zobowiązane do wypłaty odszkodowań ofiarom i ich rodzinom. Inne — w tym agencja monitoringu naukowego — zostały uniewinnione bez wyroku skazującego, na tej podstawie, że oceniały i komunikowały ryzyko zgodnie ze swoją rolą, a decyzja o kontynuowaniu wycieczek leżała gdzie indziej w tym łańcuchu odpowiedzialności. Nikt nie opuścił tej sali sądowej z poczuciem, że sprawa przyniosła czystą, satysfakcjonującą odpowiedź. Powstało coś bliższego mapie tego, gdzie faktycznie leżała odpowiedzialność, która okazała się bardziej rozproszona, niż ktokolwiek by chciał.

Co się zmieniło

Najbardziej widoczna zmiana jest najprostsza: nikt już nie ląduje na Whakaari. Każdy operator, który wcześniej stawiał ludzi na dnie krateru, zaprzestał tego i żaden nie wznowił działalności. Zostały łodzie krążące w pobliżu wyspy lub lot widokowy, który przelatuje nad nią — na tyle blisko, by zobaczyć smugę pary i poszarpaną krawędź krateru, na tyle daleko, by powtórka wydarzeń z 2019 roku nie powtórzyła ich bilansu ofiar. Jeśli broszura z Rotorua lub oferta wycieczki pokazuje ludzi stojących wewnątrz krateru z parą w tle, to zdjęcie pochodzi sprzed grudnia 2019 roku i warto podejrzliwie traktować wszystko, co sugeruje, że nadal można to zrobić.

Mniej widoczna zmiana ma charakter kulturowy i to ją zauważam bardziej, gdy jestem tu, w Rotorua, niż gdy czytam o wybrzeżu. Każdy operator prowadzący cokolwiek geotermalnego — spacer w pobliżu fumaroli, rejs obok wrzącego jeziora, wyprawę z przewodnikiem na Tarawera — mówi dziś o ryzyku inaczej niż dekadę temu. Nie dlatego, że parki termalne Rotorua są jak Whakaari; nie są. Wai-O-Tapu i Waimangu to teren zarządzany i monitorowany, z pomostami widokowymi i stałymi punktami obserwacyjnymi, zupełnie inny niż dno aktywnego krateru z żywym kominem w pobliżu.

Ale narracja i tak się zmieniła: mniej czasowników w stylu „przygoda”, więcej wyraźnego przyznania, że ta ziemia jest naprawdę żywa, że warunki są sprawdzane, zanim ktokolwiek na nią wejdzie, i że ocena przewodnika danego poranka może oznaczać, że dana trasa tego dnia nie zostanie otwarta. Słyszę tę ostrożność teraz od przewodników na rejsie łodzią przez Wai-O-Tapu i Waimangu, w sposób, w jaki chyba nie usłyszałbym jej dekadę wcześniej.

To sprawiło też, że więcej myślę o Tarawerze, która leży znacznie bliżej miasta i ma własną historię pogrzebanej katastrofy — erupcję z 1886 roku, która zniszczyła Różowe i Białe Tarasy oraz wieś Te Wairoa. Whakaari i Tarawera to niepowiązane ze sobą wulkany, ale leżą w tej samej strefie wulkanicznej Taupō, a spacer przez odkopane ruiny podczas wycieczki po pogrzebanej wiosce Te Wairoa odbiera się dziś inaczej niż zwykły przystanek historyczny. To ta sama lekcja powtórzona po ponad stuleciu, w miejscu, którego historia Te Arawa sięga daleko przed obie erupcje: geologia tego regionu nie pyta o pozwolenie.

Nic z tego nie oznacza, że turystyka geotermalna Rotorua jest niebezpieczna ani że należy jej unikać. Miliony wizyt odbywają się tu bez incydentów, na zarządzanym terenie z wyraźnymi ścieżkami i wyszkolonymi przewodnikami, co stanowi zupełnie inną kategorię ryzyka niż niezabezpieczone dno krateru 48 kilometrów od wybrzeża. Nawet łagodniejsze wprowadzenie, jak popołudniowa wycieczka eko-termalna po parkach geotermalnych Rotorua, opiera się na infrastrukturze zbudowanej z myślą o 2019 roku, a nie wbrew niemu. Nie sądzę jednak, by można było spędzić czas w tej części kraju i traktować ziemię jako scenerię. Whakaari uczyniło to dosłownym dla 47 osób jednego popołudnia, a Rotorua, na tyle blisko, by widzieć jego dym, od tamtej pory nie potrafi odwrócić od tego wzroku.

Whakaari/White Island: pytania odwiedzających

Co wydarzyło się na Whakaari/White Island 9 grudnia 2019 roku?

Wulkan wybuchł nagle, gdy na dnie krateru znajdowało się kilka grup wycieczkowych. Był to krótki, gwałtowny wybuch pary, gazu i skał niemal bez ostrzeżenia, a na wyspie nie było gdzie się przed nim schronić.

Ile osób było na wyspie i ile zginęło?

Tego dnia na Whakaari przebywało czterdzieści siedem osób. Dwadzieścia dwie zginęły, na miejscu lub później wskutek odniesionych obrażeń, a większość ocalałych doznała poważnych oparzeń.

Czy turyści nadal mogą lądować na Whakaari/White Island?

Nie. Wszyscy operatorzy zaprzestali oferowania lądowań po erupcji i żaden ich nie wznowił. Pozostały rejsy łodzią, które podpływają do wyspy od strony morza, oraz loty widokowe okrążające ją z powietrza.

Jaki był wynik sprawy sądowej?

WorkSafe New Zealand oskarżył kilka organizacji powiązanych z wyspą i wycieczkami na mocy przepisów o bezpieczeństwie i higienie pracy. Część została skazana i zobowiązana do wypłaty odszkodowań ofiarom i rodzinom; inne zostały uniewinnione bez wyroku skazującego. Był to jeden z największych procesów dotyczących bezpieczeństwa pracy w historii kraju.

Czy Whakaari nadal widać z Rotorua lub Bay of Plenty?

Tak. Znajduje się około 48 kilometrów od wybrzeża, a jej smuga pary jest często widoczna z wybrzeża Whakatāne w pogodny dzień, niezależnie od tego, czy wybierzesz się na rejs łodzią.

Czy erupcja zmieniła sposób działania innych miejsc geotermalnych w pobliżu Rotorua?

Zaostrzyła sposób, w jaki operatorzy mówią o ryzyku w całej strefie wulkanicznej Taupō, w tym we własnych parkach termalnych Rotorua, mimo że te miejsca i Whakaari nie są bezpośrednio porównywalne pod względem skali czy zagrożenia.

Wycieczki po kulturze i dziedzictwie Māori na GetYourGuide

Zweryfikowane wycieczki GetYourGuide z linkami bezpośrednimi. Rezerwuj przez te linki, a my otrzymamy niewielką prowizję bez kosztów dla Ciebie.

Zdjęcia przedstawiają miejsce docelowe, a nie własne materiały operatora.